Chcąc przybliżyć Państwu tematykę książki poniżej prezentujemy dwa krótkie fragmenty książki i kilka zdjęć:

Anna Nacher, Marek Styczyński

Deszcz przestaje padać, co zauważamy dopiero po pewnym czasie, zajęci intrygującymi widokami, fotografowaniem, rejestracją brzmień otoczenia i przystawaniem przy interesujących roślinach. Laski brzozowe ustępują miejsca skałom i torfowiskom, resztki tajgi przechodzą powoli w górską tun­drę, a my docieramy do początku jeziora Ábeskojávri, które od południowe­go wschodu ocienia stroma ściana masywu górskiego ze szczytami Giron (1551 m n.p.m.) od strony jeziora i wyższym szczytem Tjamuhas (1743 m n.p.m.) usytuowanym głębiej i dalej na wschód. Z czarnej, urwistej ściany Giron spływają strumyki wody, z nieba pada deszcz, a my idziemy brzegiem jeziora. Mamy dość tej wędrówki z ciężkimi plecakami, we mgle, wilgoci i bez posiłku. Schroniska jakoś nie widać i postanawiamy się zatrzymać. Rozbijamy nasz maleńki namiot na brzegu jeziora i z ulgą wczołgujemy się do wnętrza. Deszcz nieustannie kropi, zmieniając jedynie natężenie, i monotonia tego zjawiska pomaga nam zasnąć w pierwszy wieczór bez zachodu słońca.

 

Jesteśmy olśnieni obecnością gór, radośnie uwiedzeni spotkaniami z reni­ferami, przepełnieni emocjami, które w domu i tym, co nazywamy zwykłym życiem, tylko się przeczuwa. Radzimy sobie z nimi, jak potrafimy, i oddala­my potrzebę rozsądnej analizy, lokując ją w plany następnych wypraw, my­śląc jednak o pisaniu i o muzyce. Tylko ona może pomieścić ten bezmiar gór, który nas wypełnia, i tylko ona daje ten rodzaj anarchicznej, nieokiełznanej wolności, która nie wyklucza precyzyjnego stawiania każdego kroku, dając siłę na zmierzenie się trzeźwym umysłem z tym, co naprawdę nas otacza. Wszelkie formy odurzenia, zmiękczenia, zniekształcenia i inne wybiegi by­łyby wobec tego, co dostaliśmy, śmieszne, a może raczej żałosne.

 

Targ w Jokkmokk ma kilka twarzy. Pierwsza z nich to prawie tydzień (targ trwa zazwyczaj cztery – pięć dni) intensywnego handlu rozmaitymi towara­mi tradycyjnymi oraz wszystkim, czego potrzebują tundrowi wędrowcy i co interesuje ludzi zafascynowanych rękodziełem: rogami, skórami, ozdobnym drewnem, futrami reniferów, łosi, lisów, elementami stroju tradycyjnego Samów, ale także odzieżą roboczą, myśliwską i turystyczną, słynnymi lapońskimi nożami, przetworami z tundrowych jagód, tradycyjnym chle­bem glödkaka (prawzorem popularnych w Polsce wytworów firmy Vasa) i setkami innych towarów. Nie brakuje tu także „chińszczyzny”, agencji ubezpieczeniowych gwarantujących wysokie wypłaty po spotkaniu volvo – łoś albo volvo – renifery i najrozmaitszych słodyczy. Osobną atrakcją są stoiska z wypchanymi zwierzętami. Nieco nas zaszokowały, gdyż oferują wiele rzadkich i prawnie chronionych w Polsce gatunków, jak niedźwiedzie, bobry, rysie, wilki, leśne i tundrowe kuraki, sowy i dzienne ptaki drapieżne.